masakarara

Droga rzadziej wędrowana.

abecadło

Dowiedziałam się dziś, iż winowajcą post-emigracyjnych depresji jest tak zwany „szok kulturowy”. Czyli, że na przykład idzie się do sklepu i denerwuje, że nie sprzedają irn-bru. Albo chciałoby się mieć oddzielny kurek zimny i gorący, bo odkryło się wreszcie sens i znaczenie tegoż mistycyzmu. Lub najzwyczajniej w świecie stoi się w kolejnej kolejce do kolejnego urzędu, wychodzi z siebie i staje obok.

Dokonałam więc czym prędzej oceny ryzyka i doszłam do wniosku, że mnie owy szok nie dotyka, bo a) nie lubię irn bru i oddzielnych kurków lub b) nie miałam jak dotąd czasu ani przyjemności stać w wystarczająco wielu kolejkach.

Niemniej jednak – szoku brak. Ba, wczoraj przyłapałam się na tym, że oto stoję przemoczona do suchej nitki (burza była, grzmiało, błyskało i strzelały pioruny więc poszłam na rynek) przy okienku w banku i gawędzę sobie z panią kasjerką o nowej obwodnicy, teatrze i zachodach słońca, wypłacając gotówkę z jednego z trzech kont, które otworzyłam sobie lekką ręką w tymże banku kilka dni wcześniej. Wzięłabym i tę pożyczkę, którą pani kasjerka tak gorliwie mi polecała, ale musiałam uprzejmie podziękować, bo przecież niebawem zamierzam wygrać w totolotka.

I tak co dnia. Noszę trampki, zajadam się jogobellą, słucham rmf classic, tańczę w kalamburze i piję piwo z sokiem – wyłącznie przez słomkę, tudzież wódkę – wyłącznie schłodzoną.

A w tak zwanym międzyczasie – uczę się chodzić. Dosłownie.

Zaczynamy pracę powoli, od podstaw kontaktu, dotyku, ruchu, kroku. Nie rozpędzamy się jeszcze, nie rzucamy z wysokości. Zbieramy siły na pierwsze skoki, i na pierwsze słowa.

A przy okazji zaczynamy sobie uświadamiać, że nie przyjechaliśmy tu na chwilę, że nie spotykamy się na jednorazowy warsztat ani na przelotny romans, ale że zgodziliśmy się na wspólną wyprawę w nieznane.

Nie ufać prognozom pogody. Nie zważać na burze, kulturowe szoki ani krasnoludki. Będzie okej.

Reklamy

Veni vidi.

Jak przystało na przykładną uczennicę klasy pierwszej be, stawiłam się dzisiejszego ranka w granatowej plisowanej spódniczce, wymaglowanej bluzeczce z falbaną, niosąc naręcza róż dla mych nauczycieli oraz kraśne wypieki na policzkach, aby uczestniczyć w ceremonii rozpoczęcia nowego roku szkolnego.

Prawie.

Piotr mówi, że zawsze wszystko wyolbrzymiam, więc niechaj będzie mi wybaczone. Wyobraźnia jest szablą strzałą armatą mego rzemiosła – więc co mi tam.

Witam Państwa serdecznie w moich skromnych progach. Skoroście tu trafili, znaczy że wiecie o co się rozbiega. Bez zbędnych wstępów ani wyjaśnień – popiszę.

————

Przedwczoraj Pan Marian (nazwany tak z przyczyn ochrony danych) wiózł mnie swą taksówką ze Sztabowej, oazy spokoju Piotra i reszty sztabu, na Jaracza, gdzie dane będzie mi przez najbliższe osiem miesięcy wrocławskiej przygody rozkoszować się widokiem na Odrę z tarasu na dachu. (Zapraszam Państwa serdecznie, jak mawia moja droga przyjaciółka Madzia – miejscówa jest).

Ale, ale – Pan Marian. Zerknął na mnie raz drugi w lusterku, zebrał się na odwagę i spytał czy jestem muzykiem. Zmyliła go naturalnie Zuzanna, podróżująca z nami w bagażniku, zmęczona już mocno lotem z Glasgow, zamknięta bezpiecznie w swej skrzyni z napisem „Fragile. Musical Instrument”. Zgodnie z prawdą odparłam – „Nie. Aktorką”. Panu Marianowi aż zapaliły się z radości oczy w tym lusterku i zapragnął niezwłocznie podzielić się ze mną swą lokalną wiedzą teatralną: „Oj, to w takim razie powinna Pani wiedzieć, że mamy we Wrocławiu jeden prze-fantastyczny teatr – Pieśni Kozła. No przepiękna sprawa, mówię Pani. Organizują co roku taki festiwal, Brejw. No niech Pani sobie wyobrazi – sprowadzili ostatnio takich muzyków gdzieś z pogranicza Chin i Tybetu, no nie do wary, cudo. I co roku biorą wolontariuszy do pomocy przy tym festiwalu, za rok się planuję zgłosić…”

Odetchnęłam wpierw sobie głęboko, rozciągnęłam uśmiech na ustach i zdradziłam Panu Marianowi, że ja do tego właśnie Teatru przyjechałam na studia, i że dla tego właśnie Teatru po sześciu latach zbłąkanej emigracji nawróciłam się na rodzinny kraj.

 

Jak mawia moja mama – ahoj przygodo.