abecadło

by agnieszkabresler

Dowiedziałam się dziś, iż winowajcą post-emigracyjnych depresji jest tak zwany „szok kulturowy”. Czyli, że na przykład idzie się do sklepu i denerwuje, że nie sprzedają irn-bru. Albo chciałoby się mieć oddzielny kurek zimny i gorący, bo odkryło się wreszcie sens i znaczenie tegoż mistycyzmu. Lub najzwyczajniej w świecie stoi się w kolejnej kolejce do kolejnego urzędu, wychodzi z siebie i staje obok.

Dokonałam więc czym prędzej oceny ryzyka i doszłam do wniosku, że mnie owy szok nie dotyka, bo a) nie lubię irn bru i oddzielnych kurków lub b) nie miałam jak dotąd czasu ani przyjemności stać w wystarczająco wielu kolejkach.

Niemniej jednak – szoku brak. Ba, wczoraj przyłapałam się na tym, że oto stoję przemoczona do suchej nitki (burza była, grzmiało, błyskało i strzelały pioruny więc poszłam na rynek) przy okienku w banku i gawędzę sobie z panią kasjerką o nowej obwodnicy, teatrze i zachodach słońca, wypłacając gotówkę z jednego z trzech kont, które otworzyłam sobie lekką ręką w tymże banku kilka dni wcześniej. Wzięłabym i tę pożyczkę, którą pani kasjerka tak gorliwie mi polecała, ale musiałam uprzejmie podziękować, bo przecież niebawem zamierzam wygrać w totolotka.

I tak co dnia. Noszę trampki, zajadam się jogobellą, słucham rmf classic, tańczę w kalamburze i piję piwo z sokiem – wyłącznie przez słomkę, tudzież wódkę – wyłącznie schłodzoną.

A w tak zwanym międzyczasie – uczę się chodzić. Dosłownie.

Zaczynamy pracę powoli, od podstaw kontaktu, dotyku, ruchu, kroku. Nie rozpędzamy się jeszcze, nie rzucamy z wysokości. Zbieramy siły na pierwsze skoki, i na pierwsze słowa.

A przy okazji zaczynamy sobie uświadamiać, że nie przyjechaliśmy tu na chwilę, że nie spotykamy się na jednorazowy warsztat ani na przelotny romans, ale że zgodziliśmy się na wspólną wyprawę w nieznane.

Nie ufać prognozom pogody. Nie zważać na burze, kulturowe szoki ani krasnoludki. Będzie okej.

Reklamy